trawienie

Kolumb i odkrycie nudnego świata

Obejrzałem sobie nieco zapomniany film Ridleya Scotta o Krzysztofie Kolumbie (1492: Conquest of the Paradise). Jak to u Scotta, strona wizualna jest olśniewająca. Urzekły mnie te statyczne sceny z rekonstrukcjami statcolumbus-voyage-4ków, osad indiańskich i pierwszych budowli kolonialnych. Wgapiałem się w odtworzone z pietyzmem kostiumy, zachwycałem się grą Żory Diepardiejewa (w roli Krzysztofa Kolumba) oraz Sigourney Weaver (królowa Izabela). Wzruszyła mnie muzyka Vangelisa.

A jednak film jest nudny.

Scott nie potrafił pokazać, jak wielkim i śmiałym wyczynem było pokonanie Atlantyku. W tamtych czasach marynarze bali się niekorzystnych wiatrów, sztormów, wierzyli w morskie potwory i rozmaite przesądy. Opłynięcie przylądka Ras Budżur to w historii Portulagii coś takiego, jak u nas bitwa pod Grunwaldem. Dziś podróżowanie wydaje nam się czymś oczywistym i trudno nam docenić śmiałość dawnych żeglarzy. Łatwiej nam wczuć się w Chucka Yeagera, kiedy przekracza barierę dźwięku (The Right Stuff), niż w Krzysztofa Kolumba płynącego na koniec świata.

Czas deprecjonuje największe odkrycia.

Próbuję sobie wyobrazić film o wynalezieniu koła i jakoś nic nie przychodzi mi do głowy.

Reklamy
Zwykły wpis